Nie wiem, kiedy to się dokładnie zaczęło, ale coś poszło nie tak. Kiedyś, żeby ktoś uznał cię za eksperta od biznesu, trzeba było przynajmniej jeden biznes mieć. Prawdziwy. Z ludźmi, z kosztami, z podatkiem VAT, z poczuciem odpowiedzialności za to, co się robi. Dziś? Wystarczy ring light, Instagram, mikrofon za trzysta złotych i gotowe. Jesteś „mentorem”.
Jeśli chcesz, możesz być też „strategiem inwestycyjnym”, „trenerem sukcesu”, „architektem wolności finansowej” albo innym „ekspertem od życia”. Tytuł wybierasz sam. Taki mamy klimat.
Show must go on(line)
Pojawia się nagranie. Tło rozmyte, gość w białej koszuli i z pewnością siebie, jakby właśnie wydał rozkaz lądowania na Księżycu. Mówi:
„Nie musisz już pracować na etacie. Nie musisz żyć z miesiąca na miesiąc. Wystarczy, że zmienisz sposób myślenia. Tak jak ja.”
No właśnie. Coś się zmieniło. Nie wiadomo co dokładnie – może algorytm, może astrologia – ale oto stoi przed nami człowiek sukcesu, który zamiast zarabiać, siedzi w Internecie i tłumaczy innym, jak zarabiać.
Aż ciśnie się na usta: skoro to takie proste, czemu jeszcze nie jesteśmy wszyscy milionerami?
Kiedyś guru miał brodę. Teraz ma landing page’a.
Z jednej strony to nawet zabawne. Z drugiej – cholernie niebezpieczne. Bo dzisiejszy internetowy „biznesmen” to już nie handlarz garnków z lat 90. On nie wpycha towaru, on „sprzedaje transformację”. On „przenosi cię na wyższy poziom”. Oczywiście, tylko jeśli wcześniej wpiszesz kartę kredytową w specjalnym okienku.
Nie ma tam za dużo konkretów – są za to hasła. Mindset. Motywacja. Dochód pasywny. Bogactwo duchowe. Wolność. Ktoś to kiedyś ładnie nazwał „bullshit bingo” – i tak właśnie wygląda przeciętny webinar za darmo. Ten za 799 zł różni się tylko lepszym montażem.
Model biznesowy: złap naiwniaka, sprzedaj mu sen
Najciekawsze, że ci ludzie naprawdę nie mają żadnego działającego biznesu poza jednym – sprzedawaniem iluzji ludziom, którzy chcą w coś wierzyć. Ich produkty to:
- kursy o tym, jak robić kursy,
- ebooki o tym, jak napisać ebooka,
- webinary, na których uczą, jak robić webinary.
To jest jak matrioszka pustych obietnic. Nie zarabiasz na inwestycjach – zarabiasz na tym, że ktoś myśli, że ty zarabiasz na inwestycjach.
Ale ludzie to kupują. I to tłumnie.
Dlaczego? Bo każdy chce wierzyć, że istnieje skrót. Że można ominąć system, wyjść z wyścigu szczurów, pracować z Bali, popijać matchę i zarabiać w dolarach, nie ruszając się z hamaka. Bo przecież gość z YouTube’a tak robi. A skoro jemu się udało, to i tobie się może udać, prawda?
Nieprawda.
Gość z YouTube’a zarabia na tym, że ty w to wierzysz. I dopóki wierzysz, dopóty on może sobie pozwolić na hamak, matchę i drona, który kręci jego „autentyczne” życie.
Zróbmy mały test rzeczywistości
Wyłącz YouTube’a. Wejdź na KRS, sprawdź, czy ten twój guru prowadzi jakąkolwiek firmę. Zajrzyj do jego spółek – o ile istnieją. Zobacz, czy kiedykolwiek coś sprzedał, wyprodukował, zainwestował – poza własnym kursem o inwestowaniu. W dziewięciu przypadkach na dziesięć nie znajdziesz nic. Ale za to znajdziesz reklamę nowego webinaru. „Ostatnia szansa. Liczba miejsc ograniczona.”
Na koniec: przestroga, nie przepis
Nie chodzi o to, żeby nie ufać nikomu w Internecie. Chodzi o to, żeby nie ufać każdemu, kto dobrze wygląda w reklamie na Facebooku. Są ludzie, którzy naprawdę dzielą się wiedzą – ale najczęściej robią to bez krzyku, bez promocji typu „tylko dziś!” i bez haczyków.
Jeśli ktoś twierdzi, że zna magiczną drogę do sukcesu, a cała jego magia polega na sprzedaży PDF-ów za 497 zł – to może warto zadać sobie jedno pytanie: kto tu tak naprawdę robi biznes – on, czy ty?
Bo może się okazać, że jedyne, co kupujesz, to dobrze opakowane złudzenie.



