Wybory prezydenckie w Polsce 2025?
Ach, szykuje się spektakl nie gorszy niż koncert życzeń na życzenie!
Na scenie mamy barwną galerię kandydatów — każdy bardziej pewny siebie od drugiego, każdy bardziej oderwany od realiów niż poprzedni. Każdy też gotów obiecać wszystko wszystkim, nawet jeśli jego przyszła rola będzie przypominała bardziej funkcję symbolicznego notariusza niż wszechmocnego gospodarza kraju.
Prezydent od wszystkiego
Wysłuchując ich deklaracji, można by sądzić, że prezydent Polski będzie jednocześnie:
- Premierem,
- Ministrem finansów,
- Ministrem zdrowia,
- Burmistrzem każdej gminy,
- A przy okazji CEO wszystkich spółek Skarbu Państwa.
Nowe szpitale? Będą!
Mieszkania za darmo? Pewnie!
Obniżki podatków? Oczywiście!
Darmowe wakacje dla emerytów na Bali? Trzeba tylko „chcieć”.
Nikt nawet nie zająknie się, że prezydent nie uchwala budżetu, nie buduje dróg, nie ustala stawek VAT i nie przyznaje mieszkań.
Ale od kiedy prawda miała być przeszkodą w dobrej kampanii?
Szkoła Obiecywania bez Granic
W tej kampanii nie chodzi o realność.
Chodzi o emocje.
O marzenia.
O wrażenie, że z tym kandydatem Polska wstanie z kolan, wystrzeli w kosmos i jeszcze po drodze rozwiąże wszystkie problemy świata.
Wystarczy kilka słów-kluczy:
„Godność”.
„Normalność”.
„Zmiana”.
„Razem damy radę”.
„Nowy początek”.
Treść? Zbyteczna.
Program? Przereklamowany.
Kandydaci-eksperci od wszystkiego
Żeby było zabawniej, większość kandydatów z wielką pewnością siebie wypowiada się na tematy, które — wedle Konstytucji i zdrowego rozsądku — kompletnie ich nie dotyczą.
Jak wyceniać szpitale? Jaką politykę mieszkaniową prowadzić? Jak zarządzać polityką fiskalną?
Prezydent?
Kto by się przejmował zakresem kompetencji!
Ważne, żeby mówić głośno, szybko i z uśmiechem.
Dlaczego to działa?
Bo Polacy od lat wiedzą jedno: W kampanii wyborczej nie głosuje się na programy. Głosuje się na marzenia.
A kto ładniej zaśpiewa o marzeniach, ten dostanie szarfę zwycięzcy.
Tylko później przychodzi moment, kiedy marzenia trzeba konfrontować z rzeczywistością i… cóż, wtedy zawsze można zwalić winę na Sejm, Senat, Unię Europejską albo na pogodę.
Na koniec
Kampania 2025?
To nie wybory prezydenckie.
To wielkie igrzyska fantazji.
Kandydaci nie rywalizują o stanowisko głowy państwa. Oni rywalizują o tytuł: „Najlepszy Czarodziej Obietnic”.
A my, wyborcy, z popcornem w ręku oglądamy ten spektakl, wiedząc doskonale, że po wyborach… wciąż będziemy czekać na gruszki na wierzbie.




