W zamierzchłych czasach sława była efektem talentu, pracy albo… przynajmniej jakiegoś wyjątkowego skandalu. Dziś wystarczy smartfon, trochę luzu w gębie, kontrowersyjny tytuł i voilà – mamy nowego króla internetu. Tylko że zamiast korony, nosi czapkę z daszkiem, a zamiast błysku – mamy błyskotki z Aliexpress i dźwięk mikrofonu za 49,99 zł.

YouTube: arena złudzeń i makijażu ego

„Hejka mordeczki, witam w kolejnym odcinku…” – to już nie tylko początek filmu, to mantra nowego pokolenia proroków pustki. Oni nie nagrywają filmików. Nie, nie. Oni „tworzą content”. Ich misją jest „inspirować, motywować i szerzyć pozytywną energię”. A w praktyce? Kto z kim zerwał, ile wydał na nowe buty i co powiedział „hejter” w komentarzu. Wspaniałe dziedzictwo kulturowe naszych czasów.

Co gorsza – oni naprawdę w to wierzą. Że są ważni. Że zmieniają świat. Że mówią coś istotnego. A gdyby YouTube zniknął jutro z sieci, nie zostałoby nic – poza niezręcznym echem własnych pogadanek o… niczym.

Show must go on, byle głośno

Aby nie zniknąć w tłumie, trzeba robić więcej. Głośniej. Dziwniej. Bo w końcu nikt nie kliknie filmu o czymś normalnym, prawda? Trzeba tytułów typu „ZROBIŁEM TO ZE SWOJĄ BYŁĄ!” albo „PRZEŻYŁEM 24H W TRUMNIE – SZOK!”. Wszystko, co wykracza poza zdrowy rozsądek, ma potencjał.

A że to bez sensu? Że promuje płytkość, egoizm i robienie z siebie pajaca dla lajków? Nie szkodzi. „To tylko content”. Śmieciowy? Może. Ale dobrze się sprzedaje. No i „fame to fame”.

Poczucie ważności z plastiku

Niektórzy z tych youtuberów wchodzą w tryb proroka. Myślą, że mają misję. „Pokazuję życie takim, jakie jest”. Jasne. Tylko że to życie jest starannie wyreżyserowane, oblane sosem dramy i przycięte pod algorytmy. A widz? Widzi fejkowy obrazek, który udaje autentyczność. Smutne? Tak. Skuteczne? Jeszcze jak.

Dla niektórych liczy się już tylko reakcja. Nieważne, że śmieszkują z rzeczy, które powinny być tabu. Nieważne, że bazują na kontrowersji, byle się wybić. Ważne, że licznik wyświetleń się kręci. Bo w tej grze nie chodzi o treść. Chodzi o zasięg.

A co zostaje po nich?

Zadaj sobie pytanie: co zostaje po obejrzeniu dziesięciu filmików takiego youtubera? Wiedza? Refleksja? Inspiracja? Czy może pustka, śmiech z cudzych nieszczęść i nieodparte wrażenie, że właśnie zmarnowałeś 40 minut życia, które mógłbyś spędzić… nie wiem, patrząc w ścianę?

YouTube to potężne narzędzie. Może uczyć, wzruszać, inspirować. Ale też może tworzyć złudzenia. Że robienie z siebie klauna to kariera. Że lajki są walutą sukcesu. Że wystarczy telefon i parcie na szkło, by być „kimś”.

Można inaczej. Ale trudniej

Oczywiście są twórcy, którzy robią świetny, wartościowy kontent. Są kanały, które uczą, tłumaczą, poszerzają horyzonty. Ale one często nie mają miliona subów. Bo nie wrzeszczą, nie dramatyzują, nie klikają się jak tania sensacja.

A tymczasem nasz samozwańczy gwiazdor dalej siedzi przed kamerą, z energią jak po czwartej kawie i krzyczy: „Dajcie łapkę w górę, bo inaczej nie będzie kolejnego odcinka!”.

I może to nawet dobrze. Może nie będzie.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *